Każdy z nas pragnie miłości, partnerstwa, czułości, emocji. Gdy jesteśmy jeszcze dziećmi, uczymy się wszystkiego od dorosłych, przejmując wzorce ich zachowań. Niestety te wzorce są już delikatnie wypaczone. Lecz natura dziecka, jego intuicja, zdolność adaptacji, lotność umysłu stwarza iluzję, własny powiedzmy wirtualny świat wartości. Postrzegamy, zapamiętujemy, wiemy dokładnie, co dobre i co jest raczej zaprzeczeniem dobra. Widzimy siebie, oraz postrzegamy świat i innych poza nami...
W wieku nastoletnim dochodzi jeszcze jedna ważna kwestia w rozwoju emocjonalnym... Zaczynamy zwracać uwagę na płeć przeciwną... Intryguje nas, zastanawia, ciekawi. Nie wiemy jeszcze dokładnie dlaczego tak się dzieje, narazie nas przyciąga. Narasta w nas chęć poznawania, poznawania już nie siebie jak wcześniej, tylko drugą płeć odmienną... Jesteśmy pełni dobrych chęci, nie jesteśmy skażeni wcześniejszymi doświadczeniami. Jest miejsce na coś nowego, pięknego i dla nas wówczas nieznanego. Jesteśmy gotowi na wierną prawdziwą miłość.
Jak wiemy miłość to wielkie słowo, możemy je dzielić na wiele innych, bezwarunkową, do drugiego człowieka, do partnera/partnerki.
Zaczynamy eksperymentować ze związkami i tutaj spotykają nas bardzo drastyczne niespodzianki, otwieramy się całym sobą do kogoś, chcemy poznać, jesteśmy szczerzy, lecz niestety inni nas ranią, czasem wykorzystują do celów wg tych osób ważniejszych.
Po tych doświadczeniach już nie otwieramy się do końca, nie wychodzimy do partnera/partnerki całym sobą, czasem w ogóle nie mamy chęci do kontaktów intymnych...
Mija pewien czas, próbujemy znów, gdyż spodobał nam się chłopak/dziewczyna... Znów strasznie boląca porażka, zmieniająca w niektórych przypadkach pogląd na pewne kwestie.
Spotykamy znów kogoś, może jest to ta właściwa osoba, może właśnie teraz spotkaliśmy tą, “napisaną” dla nas tylko znanym językiem, tylko z tą dogadamy się, powstanie coś, czego nawet najpiękniejsze słowa nie są w stanie opisać. Lecz wówczas nie chcemy czasem tego, uważamy że skoro wcześniej było żle, kilka razy, ani razu się nie udało, dlaczego teraz miałoby? I tracimy... tracimy szansę na spełnienie, bo kimże mamy się dopełnić, jak nie osobą która narodziła się by być z nami.
Tak, tak wierzę. Wierzę w to, że dla każdego z nas istnieje na świecie tylko jedna osoba, z którą jesteśmy w stanie stworzyć związek idealny, pełen harmonii i szczęścia. I wierzę także w to, że coś takiego jak przeznaczenie, na pewno raz (lub więcej) sprawi, że spotkamy tą osobę, bo taki jest plan, boski plan pełen zagadek i niespodzianek. Ale skoro jest i ten na górze, to zważać trzeba na to, że jest i ten na dole, i on to nam podkłada kłody pod nogi, bo czy inaczej nasze życie byłoby na tyle ciekawe. A z drugiej strony, przecież żeby było szczęście, to musi istnieć i smutek, bo szczęście bez swojego zaprzeczenia nie potrafi istnieć.
Jeśli nie było by dobra, to nie było by zła, jeśli nie było by zaprzeczeń, to byłaby tylko jedna masa tworząca jeden wspólny “myślokształt”, więc...?
Więc... odpowiedzcie mi na pytanie, czy warto zaryzykować? Czy raczej bać się życia, schować w koncie pokoju lekko się kołysząc i co chwilę zerkając w okno... chyba z nadzieją, że nadejdzie jutro, samoistne lepsze jutro, ale przecież bez naszej ingerencji tak się nie stanie?
Zróbmy coś! Z ideą w głowie, i patrząc uważnie pod nogi, czy czasami nie ma tam kłód ;-)
Powodzenia!